poniedziałek, 8 lipca 2013

Niedziela od samiutkiego ranka...

W sobotę odezwał się "witrualny" znajomy... "Na wiosnę się nie udało - może latem gdzieś wyskoczymy?". Mnie tam dwa razy nie trzeba powtarzać :).
Z samego rana, niemal dokładnie jak regulamin nakazuje, na godzinę przed wschodem słońca, umówiliśmy się nad wodą. Miałem spore obawy, czy uda mi się podnieść o tak wczesnej porze. Na szczęście organizm nie stawiał większych oporów i pobudka przebiegła całkiem sprawnie. Herbatka, szybka konsumpcja i w drogę.

Spotykamy się w umówionym miejscu. Gadu gadu i idziemy łowić. Woda niska - o troć może być trudno... zdecydowanie łatwiej o zgubienie przynęty. Po kilku rzutach kolega wyjmuje całkiem ładnego pstrąga. Szybka fotka i do wody.

Idziemy dalej obławiając różne miejscówki, jednak bez rezultatu. Ja mam jedno branie, Tomek wyjmuje niewielkiego pstrążka, ale to wszystko co się wydarzyło tego poranka. Srebrnej, letniej troci nie stwierdzono.

Przyznam szczerze, że nieczęsto nastawiałem się na połowy tak wcześnie rano. Może to jest powód tego, że jeszcze nie udało mi się złowić troci :). Cisza i spokój nad wodą o tak wczesnej porze są naprawdę wyjątkowe. Żadnego parcia na wynik, tylko spokojne łowie i rozmowa z nowo poznanym koledze po kiju.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się powtórzyć wspólny wypad. :)

Połamania kija!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Spokojny, pochmurny dzień

To był spokojny dzień... Od samego rana dzień się bardzo powoli. Po zamknięciu spraw rodzinnych wsiadłem w samochód i pojechałem.

Pojechałem najpierw na rzeczkę, nad którą nigdy jeszcze nie byłem. "Rzeczka" - to dobra nazwa... szczególnie w górnym jej biegu. Może na wiosnę da się tu jakoś łowić, ale teraz byłoby trudno - wody mało, wszystko zarośnięte. Decyzja - jadę w dół, może tam będzie trochę więcej wody. Dojeżdżam... hmm.. wygląda już lepiej.  Trochę wody jest, zarośnięta jakby mniej. Nagle słyszę jakieś hałasy w górze. Nie wierzę... nie wierzę w to co widzę... dwa kajaki... ale nie płynęły. Posuwały się szorując spodem po dnie. Jako napęd służyły wiosła - ale nie zagarniające wodę, tylko odpychające się od brzegu. Nie... to nie miejsce dla mnie. Może innym razem. Jadę w inne miejsce.

Było pochmurno, co jakiś czas z nieba spadało kilka kropel deszczu. I tak aż do wieczora.

Docieram nad inną rzeczkę. Latem, szczególnie w wakacje, nie ma najmniejszego sensu wybierać się na większe rzeki. Powód chyba oczywisty - wszędobylskie kajakarstwo. Trudno - rzeki tylko do wędkarzy  nie należą - trzeba się dzielić. Oni w dzień, my pod wieczór.



Ale wracając do rzeczki. Niewielka, płytka, wody za dużo nie ma, ale są miejsca, gdzie są dołki i da się czasem jakiegoś 30-staczka wydłubać.






Obok kilku maluchów taki około-wymiarek się trafił. Śliczne miał kolory.

Na szczęście to stworzenie było na drugim brzegu. Jak to mówił jeden ze znajomych "Krowa - największy wróg wędkarza!". Ja bym do tego dorzucił jeszcze byczki...



Popołudnie się zbliżało. Jest szansa, że wycieczki kajakowe w taką pogodę już dotarły w miejsca docelowe i odpuściły dalsze wiosłowanie.


Wędkarstwo to nie tylko ryby... to nie tylko woda... Pozwala obserwować całą otaczającą nas przyrodę.
Latające bociany...

... chowające się w trawach bobry...

 ... za nic nie dające się ująć w całości w kadrze :).


Ścieżki, nad wodą, które w czasie jętki majowej były dobrze wydeptane, obecnie są mocno zarośnięte.



Woda trochę podniesiona, lekko zmącona, ale da się połowić. Było dosyć chłodno, muszki żadne nie latały, więc wybór spiningu wydawał się być lepszy.

I nawet coś się udało zaczepić.

Z góry zaznaczam, że ta mina nie wynikała z mojego nacisku na rybę. Kropek zdecydowanie dawał znać, że chce wrócić do swojego domu, co oczywiście po chlapnięciu ogonem uczynił.

Wieczór się zbliżał, temperatura spadała a ciężkie chmury zwiastowały nadchodzący deszcz.

 

Tak minął dzień nad wodą. Spokojnie... w oderwaniu od otaczającego mnie na co dzień, pędzącego w bliżej nieokreślonym kierunku świata...



poniedziałek, 17 czerwca 2013

PB - Personal Best

"YES YES YES" -  jak powiedział kiedyś premier :). Ja mogę powiedzieć to samo. Ale po kolei.

 Jechałem nad wodę bez większej nadziei na sukces. Dojeżdżam do parkingu... a tam już dwa samochody i para wędkarzy szykuje się do połowów :(. No trudno. Nie ma co się poddawać - trzeba próbować.
Podczas przemarszu widzę kilka spławiających się ryb, jednak żadnej nie udaje się "zapiąć" na haczyk. Lata trochę jętki, jest całkiem przyjemnie. Po chwili słońce chowa się za chmurami... zaczyna padać. No to już po jętce - pomyślałem. Po krótkim opadzie nadal widać muchy latające nad wodą. Na szczęście nie jest tak źle. Po chwili spotykam widzianych wcześniej wędkarzy. Krótka rozmowa - ani ja, ani oni nie mamy dziś żadnych sukcesów.
Decyduję się zmienić miejsce i przejechać na inny odcinek. Wczoraj widziałem tam kilka spławiających się rybek. Może tym razem również coś się uda namierzyć.
Na początku nic... jeden, może dwa chlapnięcia "kropkowych przedszkolaków". Już powoli zaczynam tracić nadzieję...Ale widzę również jedno ciekawe "chlupnięcie". Wchodzę do rzeki i ponownie widzę bulgot zbieranej muszki. Podrzucam moją jętkę - sarniaka... brak reakcji. Jętka niestety nie chce już ładnie pływać - dryfuje tuż pod powierzchnią wody. Ponowne przepuszczenie również bez efektu. Zdecydowałem się zmienić muchę. Podczas przewiązywania ponowne zebranie - to nie może być jakiś maluch. Pierwszy rzut nowo zawiązaną muchą i ...



Dalej nie będę się rozpisywał. Tą rybą ustanowiłem osobisty rekord pstrąga potokowego w polskich wodach - 56cm.
Nie sądziłem, że w tym miejscu można złowić takie ryby. Moja radość jest przeogromna! :). Mam nadzieję, że jeszcze się z nim kiedyś spotkam.

Połamania kija!

sobota, 15 czerwca 2013

Jętkowe ostatki

Czas jętki bezpowrotnie przemija ... Jedne z ostatnich zdobyczy poniżej (32cm i 36cm).
Powoli trzeba zacząć kręcić inne muchy, obok chruścików może jakieś nimfy, kiełże... zobaczymy.



I sądzę, że ponownie widziałem dzisiaj Króla :). Widziałem jak się spławiał, jednak nie udało się go sprowokować do ataku na moją muchę.
Przyznam, że jest to ciekawe doświadczenie, którego wcześniej nie doświadczyłem - obserwować rybę, którą się wcześniej złowiło.

wtorek, 11 czerwca 2013

Czasu na pisanie brak...

Niestety nie ma czasu na pisanie.... pewnie nie będzie też na zadrobienie zaległości :(
Aktualnie czas nad wodą mija pod znakiem:


Ryby jakieś tam również są... może bez rewelacji, ale zawsze coś się uwiesi.



Połamania!
Marcin